powitanie / Recenzje i artykuły / 3 X CZ – czyli Czyżyka czar (w Piwnicy na Wójtowskiej i nie tylko tam)
« grudzień 2017 »
PWŚCPSN
27282930123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031
statystyka
3 X CZ – czyli Czyżyka czar (w Piwnicy na Wójtowskiej i nie tylko tam)

motto:
„o absurdu wyobrażeniach”
wyobrazić sobie łatwo absurdy rozmaite:
na przykład ogród botaniczny bez magnolii
niebo – na zawsze – bez gwiazd
i piwo bez alkoholu

można też wykombinować absurd największy:
świat – a nawet wszechświat - bez śpiewania
i innych talentów Mirka Czyżykiewicza
można – i owszem – tylko po ch....komu taki świat?...

Akt ponownego artystycznego „rozdziewiczenia”, zamkniętej na głucho przez ostatnie 12 lat, warszawskiej Piwnicy na Wójtowskiej przypadł – także z woli nowego gospodarza miejsca Marka Bartkowicza – w udziale nie byle komu. W roli defloranta wystąpił mianowicie jeden z niewielu – tych naprawdę znakomitych – bardów jakich mamy. Chłopak z Gorlic, Krakowa, Warszawy – a jednocześnie, powtarzając za klasykiem, „talentem świata obywatel” – Mirosław Czyżykiewicz.

Z maleńkiej, niegdyś kultowej i prawie legendarnej, piwnicznej scenki popłynęły dźwięki pieśni patrona artysty Josifa Brodskiego. Dały się, między innymi, słyszeć zapewnienia o tym, że „błękitne oczy” i że „ojcem był żeglarz”. Rozległy się wspomnienia tej co „odeszła z inżynierem chemikiem” i co „sądząc z listów, kompletnie zgłupiała”. Nieco później był Włodzimierz Wysocki, w starych znakomitych przekładach, trochę współczesnym „modernizatorom” wbrew. Zabrzmiał „Rejs Moskwa – Odessa” i „Konie narowiste”.

Nie obeszło się też, na szczęście, bez tekstów Edwarda Stachury z muzyką Jerzego Satanowskiego. Publiczność została zaczarowana znanym „Życie to nie teatr” i nowszym opracowaniem „Białej lokomotywy”...
Na bis zdarzyła się fenomenalna, i też na pewno nie przypadkowa, bo duch Gałczyńskiego to jeden z tych duchów, który od lat nie opuszcza ani Mirka Czyżykiewicza, ani Jego słuchaczy, składanka tekstów strażnika konstantowo-ildefonsowej Leśniczówki PRANIE, Wojciecha Kassa.

Słuchałam, wzruszałam się, a po koncercie pomyślałam że... W latach słusznie minionego ustroju, pamiętam to dobrze, takich ludzi jak Mirek, choć oczywiście nie wszyscy byli równie jak On utalentowani, było znacznie więcej, niż dziś. Fundując katharsis reszcie społeczeństwa byli niekiedy rodzajem bodźca do myślenia i działania, a nawet zastępczą formą sumień swoich rodaków.
Czasem zapełniali publicznością wielkie sale, kiedy indziej maleńkie zakonspirowane piwnice. Zawsze jednak byli częścią zbiorowego nurtu świadomości, a nawet społecznego krwioobiegu.

Teraz, w wolnej Polsce miejsca dla nich jakby coraz mniej. Z rzadka trafi się jakaś feta, jakiś odnotowany publicznie jubileusz. Ale tak na co dzień zapełniają raczej kąty, których nie zdążyła zająć słowno - muzyczna papka wespół z bełkotem. A mnie wciąż się zdaje, że zapach magnolii, choćby i nawet tylko tych z motta niniejszego tekstu, jest coś wart. Spróbujcie powąchać.

Ewa Karbowska

Nisza w niszy – oraz o tym dlaczego mądrzy i utalentowani tam siedzą

 

(nie tylko o Mirosławie Czyżykiewiczu, Antonim Murackim i....)

Jeszcze przed rokiem 1989, tj. przed ostatnią polską zmianą systemu społeczno – politycznego, pewien mój znajomy, też zresztą niegdysiejszy bard i poeta, przestrzegał swoich kolegów z branży. Zwykł był mawiać do nich, mniej więcej, tak: „Chłopaki, zdejmijcie do k.... nędzy te sceniczne czarne golfy 
i przestańcie krzyczeć do słuchaczy. Bo jeśli przypadkiem coś wreszcie wykrzyczycie, to raptem może się okazać, że nie ma przed kim występować”.
Wówczas nikt specjalnie tego człowieka nie słuchał. Chodziło przecież o sprawę. Wszyscy, z wielkim przekonaniem, wkładali wspomniane wyżej czarne golfy i krzyczeli, ile talentu od Boga, tudzież sił w płucach.
Różniły ich jedynie zakres tematyczny i proporcje. Jedni śpiewali tylko o polityce, oczywiście tej szeroko rozumianej, czyli np. apelowali o nie łamanie, z pomocą tekstów własnych i cudzych, praw człowieka. Inni dodawali do tego jeszcze lirykę miłosną i szeroko rozumiany „człowieczy los”, poszerzając tym sposobem zarówno prezentowane spektrum ludzkiej moralno-psychicznej aktywności, jak i krąg potencjalnych odbiorców. Byli i tacy, którzy polityką nie zajmowali się prawie, albo nawet i dokładnie, wcale. Ponieważ jednak mieścili się w gatunku „poezji śpiewanej” i często występowali z „politycznymi” kolegami, także im przychodziło dźwigać najpierw ciężar, a potem chwałę opozycyjności. Jedni radzili,

i radzą, sobie z tym lepiej, inni gorzej...
Co do jednego, i wtedy i dziś, nie było, i nie ma, sporu. Żaden ze znanych mi, a - choćby z racji pokolenia, wykształcenia, intelektualnych skłonności, hobby, oraz – podobno – jakichś tam uzdolnień – trochę Ich znam, nie tęskni do poprzedniego systemu opresji politycznych. Wielu natomiast z żalem wspomina te pełne sale i salki. Wciąż pamięta te , mniejsze i większe, ale zawsze pełne, pomieszczenia koncertowe, w których ludzie łaknęli mądrego słowa, a i od pięknej , wyciszonej, bo nierzadko pochodzącej z jednej gitary, muzyki oczywiście nie stronili.
Tymczasem słowa mojego, wspomnianego na początku, znajomego okazują się powoli prorocze. Ci, przecież wciąż mądrzy, ciągle wrażliwi i niezmiennie utalentowani artyści, ci czarodzieje słowa tyleż mocnego co tkliwego, występują jeszcze, tyle, że coraz rzadziej i, z roku na rok, przed coraz mniej liczną publicznością.
Kiedyś jedna z absolutnie wybitnych artystek tego poetycko-muzycznego gatunku powiedziała mi, że czuje się oszukania i zmielona przez nowy system. Przeżuta i wypluta przez tę rzeczywistość, którą – w sporym stopniu swoim uporem i talentem - choć przecież nie bez wsparcia innych ludzi, w każdym razie tu, między Odrą, a Bugiem – sama wykreowała....
Zrobiło mi się żal. W pierwszym odruchu pomyślałam, pełna zgoda i całkowita racja. Potem nadeszły dalsze refleksje, że to może nie całkiem tak. Aż w końcu wykrystalizowało się przekonanie, że „pies leży zupełnie, ale to zupełnie gdzie indziej pogrzebany”.
Otóż, Artysta, prawdziwy wrażliwiec, kupił – bo tak z Jego natury wynikało – z całym dobrodziejstwem inwentarza, wolność polityczną. Nie kupił natomiast, jako dla Niego w kulturze nienaturalnej, sprawczej mocy mediów, i to mediów całkowicie podporządkowanych dwóm kryteriom. Pierwsze z nich to „oglądalność/ słuchalność” i idący za nimi zysk. Drugie, to prywatne „ekonomiczne słabostki” kulturalno-medialnych decydentów. Szczególnie obrzydliwe w tej części mediów, które bezczelnie gadają o misji kształtowania gustów odbiorców. Zwłaszcza tam, gdzie mowa o ukłonach w kierunku kultury wyższej.
W tych warunkach przestają się liczyć wartości artystyczne, czy zwyczajnie ogólnoludzkie. Zamiast sztuki w godzinach (i pasmach) najwyższej oglądalności/ słuchalności królują osobniki posiadające umiejętność zagrania góra trzech akordów, często – i pożądanie -z zagranicznym nazwiskiem, albo pseudonimem, ale za to z kieszeniami mogącymi uczynić zadość indywidualnym potrzebom „ludzi od kultury” (nie mylić z ludźmi kultury) zatrudnionych w coraz głupszych stacyjkach radiowych 
i telewizyjnych.

A bardowie, ludzie od płyt słów i przedsięwzięć istotnych, na co dzień w piwnicach i piwniczkach. Wychyną z rzadka tu i ówdzie. I nie jest ważne ile na ich kontach ludzkiej mądrości i dobroci. Ważne tylko dopisywanie zer na nie należących do nich kontach bankowych.
Niektórzy, Ci bardziej od innych uniwersalni w treściach i bardziej uparci w działaniach, jakoś się jeszcze trzymają. Wspomnę tylko Antoniego Murackiego i Mirosława Czyżykiewicza. Po trzy płyty solowe (następne już na końcowym etapie realizacji), wiele koncertowych i albumowych projektów grupowych, 
w tym międzykulturowych i antydyskryminacyjnych, czyli po prostu przyjaznych WSZYSTKIM, w tym na przykład niepełnosprawnym, ludziom. A wszystko to skromnie, po cichu i bez fanfar. Z tylko czasem powracającym pytaniem: Jak, gdzie i za co godziwie żyć, a przy tym jeszcze – niechby i tylko drobinę – sensownej duchowości, pokoleniom dzieci i wnuków, zostawić.

Ewa Karbowska