powitanie / Recenzje i artykuły / VIP - rozmowa z Małgorzatą Szerfer
« czerwiec 2017 »
PWŚCPSN
2930311234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293012
statystyka
VIP - rozmowa z Małgorzatą Szerfer

MIROSŁAW CZYŻYKIEWICZ

 

Poruszam dusze

 

Po ośmiu latach bard z Gorlic powraca z nowym albumem, na którym dzieli się zamiłowaniem do słowa i muzyczną pasją. Poprzez porcję nowych nagrań chce rozpowszechniać dobrą poezję, dzielić się dojrzałym spojrzeniem na świat i ekspresją, która nie traci na sile. Zaprasza do zadumy nad światem i życiem w towarzystwie mądrych słów, nastrojowej muzyki i bliskiej osoby, bo sam najlepiej wie, ile znaczy partnerstwo, wsparcie i szczęście we dwoje

 

ROZMAWIA MAŁGORZATA SZERFER

 

Jest pan artystą aktywnym w wielu dziedzinach sztuki. Która z nich jest panu najbliższa?

– Bliskie są mi wszystkie, ponieważ z wykształcenia jestem artystą grafikiem, zaś od lat jako samouk poświęcam się muzyce. Choć zaniechałem pisania tekstów, wielką pasją stała się dla mnie próba ubierania wierszy w szatę muzyczną. Znawcy tematu utwierdzili moja wiarę że mam na tym polu coś oryginalnego do powiedzenia i postanowiłem podzielić się tym na swoich płytach.

Właśnie w muzyce najłatwiej wyrażać emocje i docierać do odbiorcy?

– Będąc na scenie od 30 lat, mocno w to uwierzyłem. Dowody, które płyną od słuchaczy, są niezwykle wzruszające i utwierdzają w przekonaniu, że to co robię, jest dla Nich ważne. Dlatego chcę kontynuować twórczość dopóki starczy mi na nią sił, bo ta praca wiąże się z częstymi wyjazdami. Na szczęście te podróże dostarczają wielu wrażeń. Przy okazji koncertów mam okazję konfrontować obecną Polskę z tą z lat 70. i 80., zapamiętaną z początków mojej przygody z muzyką. To zupełnie inne miasta, odczucia i nastroje.

Kontakt ze słuchaczem jest ważną częścią twórczości, czy to poboczna część pracy muzyka?

– Koncertowanie to ostatnio spory stres ale też niezwykła przyjemność. Okazuje się, że piosenka poetycka, która ma rozrzewnić i zastanowić nad istnieniem, a nie tylko być źródłem rozrywki, stanowi doskonały zaczątek dialogu ze słuchaczem. Myślę, że publiczność, która przychodzi na moje recitale, spodziewa się czegoś w rodzaju „minikatharsis”, oczekuje, że z moją pomocą dotrze do najczulszych miejsc duszy, ważnych wspomnień i emocji, które niekiedy są spychane na bok. Z kolei dla mnie jako twórcy bardzo ważny i budujący jest widok ludzi, którzy trwają w skupieniu zasłuchani , a potem wychodzą z sali w zamyśleniu. Piosenka poetycka może też być pretekstem do spędzenia wyjątkowego wieczoru z bliską osobą przy butelce wina, a nawet do potańcowania w czułych objęciach.

Od wydania ostatniej autorskiej płyty minęło 8 lat. Jakie emocje nagromadziły się w panu przez ten czas i do jakiego przekazu dojrzał pan na albumie „Ma chérie”?

– Faktycznie nie jestem tytanem pracy, bo na 30 lat pracy wydałem dopiero piątą płytę, ale staram się na nich tak kondensować emocje, żeby miały właściwą dla piosenki literackiej „siłę rażenia”. Nie nagrywam często, długo chodzę przy nadziei, ale jak już dochodzi do rozwiazania, efekt jest w pełni zamierzony. Mimo dużych odstępów między kolejnymi płytami cały czas jestem czynny zawodowo, koncertuję, biorę udział w kilku projektach muzycznych, więc nie zawsze jest czas na pracę nad nowym materiałem. Zawartość „Ma chérie” mogę polecić jako lekturę nieobowiązkową na więcej niż jeden wieczór, bo płyta jest bardzo intensywna. Chciałbym zainteresować słuchaczy tym, co nagromadziło się we mnie przez lata. Wreszcie stworzyłem symbiozę słów i brzmień z tego, czego się naczytałem i nasłuchałem przez ten czas. O doznaniach wypowiedzą się słuchacze, mnie zależało, żeby odkurzyć ideę coraz rzadziej , tak a nie inaczej uprawianej poezji śpiewanej.

Komponując, ma pan w głowie skład zespołu, który najlepiej zrozumie pana przekaz i odda dźwięki podczas nagrań i koncertów?

– Tak. Od lat pracuję z grupą przyjaciół i repertuar tworzę z myślą o poszczególnych muzykach. W obsadzie jest cały zespół Kameleon, który na co dzień bierze udział w wielu  także swoich projektach muzycznych pod kierownictwem H.F.Tabęckiego Jestem do moich współpracowników bardzo przywiązany, a efekt słyszalny na płycie jest wynikiem wzajemnego zaufania i talentu tych młodych wybitnych muzyków..

Warstwa muzyczna i słowna mają porównywalne znaczenie dla wymowy płyty?

– Powinna być zachowana równowaga, nadmiar któregokolwiek z tych elementów burzy proporcje na niekorzyść odbioru całości dzieła. Za każdym razem staram się to właściwie wyważyć, choć zarzuca mi się, że jestem za bardzo rozgadany muzycznie i że wszystko można by zrobić znacznie skromniej. To prawda, co zresztą udowadniam podczas koncertów, kiedy utwory rozpisane na wiele instrumentów gram nieraz solo przy gitarze.

Norwid, Szekspir, Brodski, Broniewski, Herbert, Różewicz, Barańczak to poeci z zupełnie różnych epok i światów. Co było kluczem doboru tekstów na płytę „Ma chérie”?

– To moi ulubieni poeci, niestety zapominani albo wręcz zapomniani, dlatego chciałem zwrócić na nich uwagę. To wybitni twórcy, którzy dla znawców literatury są lekturą podstawową, ale w moim zamyśle jest rozpowszechnianie dobrej poezji, wierszy, które silnie oddziaływały na moje pokolenie, również wśród tych, którzy nie są z poezją za pan brat, w tym ludzi młodych. Chciałbym dzielić się pięknem słowa i wyższymi wartościami muzycznymi , dla których jest coraz mniej miejsca w kulturze masowej. Mówię to bez pretensji, ale chciałem zaproponować płytę, która byłaby do niej w kontrze, mimo że paradoksalnie pretenduje do masowego produktu. Odważyłem się wydać taki album z nadzieją, że zaintryguje współczesnego odbiorcę na tyle, że sięgnie do źródła, bo czas na obcowanie z dobrą literaturą i muzyką nigdy nie jest stracony.

Wierzy pan, że poezja ubrana w dźwięki staje się bardziej przystępna?

–Zyskuje coś w rodzaju większego „noszenia”. Mamy w Polsce duże tradycje i wiele przykładów na to, że udźwiękowiona poezja jest pozytywnie odbierana. Sam jestem wiernym słuchaczem poezji śpiewanej i swoją twórczością staram się kontynuować tradycje piosenki literackiej. Wywodzę się z ruchu bardowskiego końca lat 70., kiedy to z grupą przyjaciół jeździliśmy z gitarami po Polsce, śpiewając piosenki o wolności i kontestując otaczającą nas rzeczywistość. Z czasem pojawiły się niezwykłe możliwości techniczne, które pozwoliły mi tworzyć znacznie bogatsze kompozycje, co chętnie wykorzystałem na ostatnich płytach.

Widzi pan szanse, żeby artystyczna wrażliwość wpisana w nurt piosenki poetyckiej przebiła się w świecie zdominowanym przez komercję?

– Piosenka poetycka może być czymś oryginalnym na rynku, ale nie wydaje mi się, żeby przebiła się choćby do pierwszej dziesiątki sprzedaży w sklepach muzycznych albo zdobyła szczyty list przebojów, choć byłoby to miłą niespodzianką dla mnie i dla tych, którzy  wydali pieniądze, żeby płyta z tego niszowego nurtu mogła się w ogóle ukazać.

Na co dzień otacza się pan równie refleksyjnymi dźwiękami połączonymi z treścią?

– Tak, kiedy pracuję, słucham muzyki, która mnie koi, inspiruje. Długie noce poświęcam na lektury poezji i muzyczne podróże, choć najlepsze pomysły rodzą się z ciszy i powstają przy gitarze. Na co dzień żyję jak każdy: robię zakupy, gotuję obiady, opłacam rachunki i wtedy staram się dać głowie odpocząć od słów i dźwięków.  Zachowuje dystans ostrożność i przytomny umysł, bo stany natchnienia, wspomagane lampką wina, mogą nadejść w każdej chwili i przerodzić w długotrwały proces twórczy.

Jakiego Mirosława Czyżykiewicza mają okazję odkryć słuchacze 15 nowych utworów „barda z Gorlic”?

– Wszyscy nabywamy nowych doświadczeń, zmieniamy sposób myślenia, pewne sprawy przewartościowujemy. Wzrastam razem z moimi słuchaczami. „Ma chérie” jest wyrazem zdystansowanego spojrzenia na rzeczywistość, zaś wszelkiego rodzaju „namiętności” starałem się oddać w warstwie muzycznej.. Odnoszę wrażenie że płyta wobec poprzednich jest znacznie dojrzalsza.

Nawiązując do singlowego „Patrzę w okno”, jest pan zadowolony, patrząc na świat?

– Mam w sobie dużą dozę optymizmu, ale też wiele wątpliwości i lęków. O tym też jest piękny tekst Andrzeja Poniedzielskiego, wyrażony nie wprost, a jednak oddający subtelny rodzaj ironii i zamyślenia nad światem. Cała płyta jest próbą zastanowienia się nad życiem i zachętą do takiej refleksji.

Album i tytułowy utwór dedykowany jest najdroższej kobiecie w pana życiu?

– Jak najbardziej. Tytuł dotyczy przede wszystkim ukochanej kobiety, ale też literatury, muzyki, pasji oraz paru innych miłości i zadurzeń z kręgu sztuki, odzwierciedlających mój gust.

Miłość i szczęście inspirują bardziej niż negatywne przeżycia i doświadczenia?

 

– Myślę, że inspirują w podobnym stopniu. Wiele zależy od wieku, ale i zrozumienia ze strony najblizszego otoczenia. Nie raz pisałem o tych cięższych chwilach w życiu, teraz mam w sobie więcej pogody. Niezwykle cenne jest dla mnie, że to co robię znajduje szacunek i uznanie w oczach najbliższych, a nie zawsze tak było w moim życiu. Wiele kobiet sprzeciwiało się temu co robię, chciało mnie odciągnąć od tego co może zagrażać ognisku domowemu, a to powodowało napięcia i prowadziło do starć. Od kilku lat jestem w szczęśliwym związku, czuję wsparcie i oddanie ze strony żony, która była dobrym duchem najnowszej płyty. Angażuje się w moją pracę jako menadżer i rozumie mnie, za co jestem jej ogromnie wdzięczny, bo to duży komfort dla artysty.