powitanie / Recenzje i artykuły / Żyje! Żartuje, bestia zdrowa! - o koncercie Mirosława Czyżykiewicza
« czerwiec 2017 »
PWŚCPSN
2930311234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293012
statystyka
Żyje! Żartuje, bestia zdrowa! - o koncercie Mirosława Czyżykiewicza

Mirosław Czyżykiewicz jest artystą, który nie rozpieszcza nas częstotliwością swoich występów. Sądząc po tym, że recitalowi artysty towarzyszy zawsze pełna sala, można wysnuć wniosek, że potrzeba obcowania z jego niepowtarzalnymi interpretacjami własnych i cudzych piosenek pozostaje niezaspokojona. Nic dziwnego, bo przecież te interpretacje dopiero na żywo działają niesamowicie, z pełną, niesamowitą siłą. Co prawda niedawno, z okazji jubileuszu, miało miejsce kilka specjalnych koncertów, ale pozostała po nich jednak obawa, że na kolejne przyjdzie czekać do kolejnej rocznicy. Nadzieję, że stanie się inaczej rozbudzały nieco wykonywane sporadyczne utwory, zapowiadane jako te, nad którymi praca trwa, ale sam artysta przyznawał, że trwa już niekrótko, a pytany wprost o nową płytę odpowiadał raczej oględnie. Nie dziwi więc, że dwa recitale w powracającej na warszawską mapę kulturalną Piwnicy na Wójtowskiej odbyły się przy nadkompletach publiczności. Nie mogących się dostać na lipcowe koncerty spieszę uspokoić, że zarówno z ust gospodarza, jak i artysty padły zapewnienia, że Czyżykiewicz będzie stałym gościem w tym miejscu.
Mimo, że określenie "stałym gościem" sugeruje wielość okazji i regularność, namawiam do śledzenia zapowiedzi i rezerwowania miejsc wcześniej, bo piwniczna sala filii Staromiejskiego Domu Kultury nie należy do dużych.
 
Występ, podzielony na kilka części, rozpoczęły umuzycznione wiersze Josifa Brodskiego. "Pieśń na powitanie", potem "Debiut" i (chyba nie tylko moja ulubiona) "Kochana". Uniwersalny, choć często kojarzony z konkretną sytuacją "Giną ludzie" - wiersz przemieniony w zawsze robiącą na odbiorcach duże wrażenie pieśń i kolejny, zamykający tę część, "W stylu Horacego". Czyżykiewicz, który nie raz podkreślał, jak ogromny wpływ miała na niego samego twórczość Brodskiego, przekazując ją w formie piosenek (do której to formy sam poeta nie żywił atencji), niezmiennie przekonuje niedowiarków, że zwrot "poezja śpiewana" ma rację bytu i w tym zestawieniu słowa, muzyki i interpretacji jest sztuką - jeśli nie wysoką, to co najmniej średniego wzrostu. 

Kolejnym poetą, któremu artysta zdecydował się poświęcić chwilę był Edward Stachura. Na początku "Kiedy ona cię kochać przestanie", którą to pieśń pierwszy raz usłyszałem w tym wykonaniu i już zaczynam się skłaniać ku opinii podobnej do tej, którą mam na temat dwóch kolejnych. Otóż nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zostały one stworzone dla tego właśnie wykonawcy. Do tego stopnia, że kiedy słyszę "Życie to nie teatr" i "Białą Lokomotywę" (wszystkie z muzyką Jerzego Satanowskiego) w innym wykonaniu, uważam że powinny zostać natychmiast konfiskowane, tak jak dzieje się w przypadku innych podróbek. A mówiąc poważnie: jakoś nie wyobrażam sobie po prostu, żeby komuś udało się wyśpiewać je lepiej. 

I tu chciałbym zatrzymać się na chwilę i polecić przy okazji arcyciekawe wydawnictwo (z udziałem Czyżykiewicza - a jakże!). Mam na myśli książkę "Biała lokomotywa", która jest opowieścią o Stachurze skompilowaną przez Jerzego Satanowskiego, o której ten ostatni tak napisał: "jest próbą opowiedzenia piosenkami Stachury, jego wierszami, fragmentami prozy i listów czegoś, co jest niełatwe do uchwycenia, ale możliwe do przeczucia". Całość, naprawdę starannie i atrakcyjnie wydaną, uzupełniają wspomnienia kompozytora, nuty (z akordami gitarowymi!) i teksty oraz aż dwie płyty audio. Książka (album?) nie robiłaby na pewno takiego wrażenia, gdyby nie reprodukcje niesamowitych obrazów Maksymiliana Novak-Zemplińskiego. Wydawnictwo przedstawia (i mam nadzieję utrwali - zgodnie z intencją autora) zupełnie inny obraz "Steda" niż ten powszechny naiwno-ogniskowy.

Tymczasem na koncercie nastąpiła część autorska. "Jednym szeptem", to chyba jedyny "przebój" Czyżykiewicza, który pamiętam z telewizji, wtedy jeszcze państwowej, a nie publicznej, nie mającej misji do wypełnienia, więc pewnie dlatego mogącej sobie pozwolić na upowszechnianie także Takiej Twórczości. Pieśń zupełnie się ani nie znudziła, ani nie zestarzała, a u wielu podobno cały czas budzi zazdrość i podziw dla gitarowej biegłości autora. Co nie oznacza, że Czyżykiewicz nie daje powodów do takiej zazdrości w innych momentach, ale tu akurat występuje ona pono wyjątkowo intensywnie. Zaniepokoiłem się nieco, podczas zapowiedzi kolejnego autorskiego dokonania... Spodziewany podkład jednak nie został włączony i mieliśmy okazję doświadczyć perły, którą w mojej opinii jest "Ave" w wersji gitarowej. Zdaję sobie sprawę i szanuję nakład pracy oraz domyślam się motywacji, która każe rozbudowywać aranż, jednak to właśnie, w teorii skromniejsze i moim zdaniem znacznie lepsze wykonanie pozostanie najcieplejszym wspomnieniem tego wieczoru. Jako podsumowanie części autorskiej, jakby autoironicznie zabrzmiał wiersz Thomasa Hardy'ego "Bieg lat". 

Włodzimierz Wysocki... Chyba nie minę się z prawdą, jeśli zauważę, że spora część widowni czekała na pieśni rosyjskiego barda. Nie przeliczyła się i tym razem. Przede wszystkim otrzymała premierowo "Moskwa - Odessa", która znakomicie udowadnia, że nie tylko sama legendarna ekspresja kreuje kształt przekazywanych treści. Po tej pieśni w tłumaczeniu Wojciecha Młynarskiego, nieśmiertelna i jak zwykle znakomita "Moja cygańska" (tłum. Marlena Zimna), po której nie mogło zabraknąć "Koni narowistych" (tłum. Roman Kołakowski). Złośliwi twierdzą, że przychodzą wyłącznie po to, żeby być świadkami, kiedy Czyżykiewicz nie dośpiewa tej pieśni do końca. Moim zdaniem, to nie złośliwość, a pochlebstwo. Przecież w tym właśnie tkwi sedno tego genialnego wykonania - w wysiłku artysty, który za każdym razem wkłada całego siebie i całym sobą przeżywa i przekazuje przesłanie tej pieśni, podkreślając tym bardziej jej ważność. Mało tego! Pasja stojąca za tym wykonaniem udziela się widzom, co daje się udowodnić - wystarczy rozejrzeć się dyskretnie po widowni i zwrócić uwagę ilu widzów, po wybrzmieniu ostatnich akordów, ociera pot z czoła i/lub przeciera wilgotne oczy... Wiem to jedynie z przekazów, ale na miejscu będzie tutaj ich przywołanie: podobnie odczuwała publiczność występy Wysockiego. "Konie narowiste" w wykonaniu Czyżykiewicza, to jedno z najdogłębniejszych przeżyć, które za każdym razem z niesamowitą siłą dotyka widza. 

Po złapaniu oddechu wybuchła bomba. No dobrze, może przesadzam. Chociaż zapewne wielbiciele dokonań artysty, za tak ważną wiadomość przyjęli zapowiedź nowej płyty (a jednak!). O płycie dowiedzieliśmy się na razie niewiele. Na pewno znajdą się na niej umuzycznione wiersze trzech wielkich polskich poetów. W kolejności usłyszeliśmy: "Piosenkę" (Czesław Miłosz), "Czułość" (Zbigniew Herbert) oraz "Biel" (Tadeusz Różewicz). Ta ostatnia zachwiała moją niechęcią do aranży pochodzących z domowego studio autora tychże. 
Urokliwa "Impresja Prańska" do tekstu Wojciecha Kassa wykonana na bis zakończyła spotkanie. 

Mirosław CzyżykiewiczJuż tytuł koncertu - "Czyżykiewicz solo", określał czego możemy się spodziewać. To był chyba pierwszy raz, kiedy miałem okazję widzieć artystę w recitalu, w którym wystąpił sam, tylko z gitarą, a na pewno pierwszy, podczas którego gitara była zdecydowanie głównym instrumentem, a nie jak zdarzało się wcześniej, li tylko rekwizytem uzupełniającym sporadycznie nagrane wcześniej instrumentalizacje. Elektroniczne aranżacje tym razem były obecne w bodaj czterech utworach. Jak można się słusznie domyślać jestem zwolennikiem tradycyjnego wizerunku barda - mistrz i jego gitara. To prawda. Tym bardziej w przypadku Mirka Czyżykiewicza, gdy mamy do czynienia z kimś, kto nie ogranicza się do wydobywania dźwięków na trzech pierwszych progach, ale potrafi swoją grą oczarować, jednocześnie wydobywając z tekstów ich treść. Poza wszystkim, po co zagłuszać tak znakomity i trafiający w najczulsze struny wokal, którym artysta operuje z pełną świadomością uwalniając emocje ze świetnym wyczuciem...

Należę do tej części publiczności, która lubi, jeśli występujący artysta wykracza poza opowieści zawarte w utworach, tworząc zapowiedziami atmosferę i okazję do oddechu. Daje się poznać z dodatkiem uśmiechu, czy szczypty zadumy. I tu wielki ukłon w stronę Mirka Czyżykiewicza, za to że mimo rad (podobno życzliwych), nie zrezygnował z ciekawych (często autoironicznych) zapowiedzi, metaforycznie schodząc w ten sposób z piedestału sceny pomiędzy rzędy widowni, ułatwiając odbiór utworów i nadając płynność spektaklowi.

Należy jeszcze wyjaśnić skąd tytuł tych zapisków. Po pierwsze jest dobry, bo jest cytatem z dobrego autora. Po drugie intryguje (mam nadzieję, że w nieco inny sposób niż tytuły w tabloidach). Po trzecie: wyraża radość ze znakomitej formy artysty. Po czwarte: był pierwszym skojarzeniem do sytuacji opisanej we wstępie. Choć tutaj należy Czyżykiewiczowi oddać należny honor, bo przecież, choć widywany nie tak często, jak byśmy sobie życzyli, tak naprawdę nie zniknął. Od wydania w 2005 roku płyty był obecny i była to obecność co najmniej znacząca, a projekty nadal żyjące swoim estradowym życiem. Uczestniczył w znakomitych przedsięwzięciach, z których wspomnieć wypada chociażby udział w poświęconych Wysockiemu "Koniach narowistych" oraz Stachurze - "Białej lokomotywie"; wspólnym z Hanną Banaszak "Kiedy będziesz u brzegu", czy też "Szukamy stajenki" i "Raju" Kaczmarskiego tudzież "Świecie wg. Nohavicy"... I po piąte wreszcie: tytuł ma wyrażać oczekiwanie na autorskie dokonania. Czekam niesamotnie (patrz zgromadzona w dopuszczalnym maksimum widownia) i nie bez nadziei, którą dodatkowo rozbudził prześwietny recital w Piwnicy na Wójtowskiej oraz wieści, które przyniósł.
  
 - specjalnie dla Strefy Piosenki.
 
Koncerty odbyły się 21 i 22 lipca 2012 roku, o godz. 19.00 w "Piwnicy na Wójtowskiej" - Warszawa, ul. Zakroczymska 11.